Pierwszy raz kiedy...
..........poczułam zazdrość.
Znalazłam jedną ze swoich maskotek z dzieciństwa:
niedźwiedziczkę Bibi. Myślałam, że zgubiłam ją podczas którejś z tysiąca przeprowadzek, ale proszę, jest tutaj, ze swoimi orzechowymi oczami, krzywym uszkiem i kokardką na głowie.
Nie chciałam, by dotykali jej inni. Nawet Olga, która upierała się, że chce ją uprać ( i miała rację, zważywszy, że Bibi towarzyszyła mi zawsze, od śniadania do pójścia spać, bez przerwy narażona na rozmaite zabrudzenia)... Tylko mama miała prawo zbliżać się do Bibi i to pod warunkiem,
że przy tym byłam.
Pewnego dnia zabrałam Bibi do parku i zobaczyła ją inna dziewczynka, zakochując się w mojej zabawce od pierwszego wejrzenia.
Dziewczynka podeszła bliżej i próbowała wziąć misia, ale ja wyrwałam go z jej rąk. I wtedy wywołałam katastrofę: pociągnęłam tak mocno, że uszko niedźwiedziczki się naderwało. Kiedy płakałam z rozpaczy, mama wzięła mnie za rękę, a Bibi pod pachę, przeprosiła tamtą dziewczynkę i jej mamę, po czym skierowała się do domu.
Zaniosłam Bibi do osoby, którą uważałam wówczas za ,,lekarkę od zabawek'', do o Olgi, która za pomocą igły i nitki przywróciła maskotce jej pierwotny stan. A następnego dnia szukałam w parku tamtej dziewczynki.
Kiedy myślałam, że już jej nie zobaczę, pojawiła się z Popi - swoim misiem. I w ten sposób zarówno ja, jak i Bibi znalazłyśmy nowych przyjaciół.
MEGA sweet:)
Naraski!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz